Come closer

Come closer

6/24/2017

Rozdział XIV Przynęta

2 komentarze:
Bolało mnie dosłownie wszystko. Gdy minęła najgorsza faza, czyli zrastanie kości i regeneracja narządów, czułam się jak nowonarodzona. I to dosłownie. Wszystko było kruche i delikatne, czy to tkanka miękka czy twarda, jak u niemowlęcia. Początkowo nie mogłam nawet sama usiąść, bo miałam wrażenie, że pod naporem mięśni, ugina mi się szkielet. Byłam lekko przerażona. Czas naglił, towarzysze niecierpliwili się, misja czekała, a ja nie byłam w stanie poruszać się samodzielnie. Jednak moja trwoga nie trwała długo. Z “pomocą” przyszedł Sasori. Chłopak chwycił mnie stalowym, skorpionim ogonem, poderwał w górę i bez słowa ruszył przed siebie, kontynuując marsz.
  Nie protestowałam. Nie miałam prawa. Ze zwieszonymi kończynami i stalą wpijającą mi się w brzuch, wciąż próbowałam odzyskać formę. Nekomata nie odzywał się. Nie dawał żadnego znaku obecności, poza skąpym strumieniem leczniczej energii, która przyjemnie mrowiła, przepływając między uszkodzonymi tkankami. Dopóki skupiłam się na bólu i niepewności ciała, wszystko było dobrze. Jednak gdy przyszedł moment analizy mojego zachowania... Nienawidziłam się szczerze za zamiłowanie do przetrawienia każdego kroku jeszcze raz. Wolałabym nie myśleć o tym. Po prostu zapomnieć i żyć jakby nigdy nic. Ale nie potrafiłam się na to zdobyć. Nie, przecież ja musiałam rozbebeszyć problem, wywlec wszystkie flaki na wierzch, uraczyć się smrodem popełnionych błędów i trochę się nad sobą popastwić. Aż parsknęłam, zwracając na siebie uwagę. Wrodzony masochizm. Ale wiem przynajmniej, że zrobiłam z siebie idiotkę. Słyszałam, że podobno należy uczyć się na własnych błędach, więc liczę, iż to nauczy mnie wiele.
  Czas mi się dłużył. Po dwóch, może trzech godzinach Sasori ustawił mnie znów na ziemi. Chwiałam się lekko, ale tylko na początku. Nogi po długim nieużywaniu były sztywne i niepewne. Jednak po chwili ruszyłam już raźniejszym krokiem. Nie chciałam opóźniać marszu. Przynajmniej starałam się na tyle, ile mogłam.
  Do brzegu morza dotarliśmy dopiero następnego dnia. Ponure fale złowieszczo zalewały plażę. Zostawiając po sobie mokry ślad na piasku, co chwilę obejmowały coraz to większy obszar. Zatrzymaliśmy się dobry metr od ostatniego znaku po przypływie. Jako pierwszy odezwał się Akasuna. Już zdążyłam zauważyć, że to on nami dowodzi, więc nie zdziwiłam się, gdy zaczął nas organizować.
-Droga przez morze potrwa sześć-siedem godzin przy takiej pogodzie. Oczywiście jeśli się pospieszymy. Jesteś w stanie przez tak długi czas utrzymać chakrę, dzieciaku? - Zwrócił się do mnie. Skinęłam tylko głową. Nie miałam ochoty wypowiadać choćby słowa. - Dobrze. W najgorszym wypadku użyjemy twojego sposobu transportu, Deidara. Jednak wolałbym tego uniknąć z przyczyn oczywistych. Nie możemy zostać przedwcześnie zauważeni. Nie wiadomo co nas czeka w kraju Żurawia.
  Zerknęłam niepewnie na wodę, niespokojną i szarą jak niebo, którego barwę odtwarzała. W dole brzucha zalągł mi się oślizgły twór strachu. Pierwszy krok w stronę zdradliwej, ciemnej toni wymagał ode mnie nie lada wysiłku. Musiałam przemóc swój pierwotny instynkt, który nakazywał odwrót. Bałam się. A fakt, że nie potrafiłam pływać, dodatkowo to potęgował. Ze wszystkich sił starałam się, nie wyobrażać sobie jak ta koszmarna topiel obejmuje mnie, wyciskając resztki powietrza z pęcherzyków płucnych. By nie myśleć o tym, jak tony wody przyciskają moje bezwładne ciało do mrocznego dna.
  Zadrżałam. Zachowanie czakry w stopach - najbanalniejszy ze sposobów wykorzystania kontroli nad nią, teraz wydawała się niemal awykonalna. Skupiłam całą swoją uwagę na utrzymaniu się na tafli wody. Oby nie stracić równowagi, oby zachować spokój, oby…
  Przemierzaliśmy morze w ciszy i we względnym spokoju. Raz tylko chakra uciekła spod moich stóp, gdy mocny podmuch wiatru zarzucił mną tak, że straciłam równowagę. Zrobiło mi się słabo, a myśli momentalnie pobiegły w niepożądanym kierunku. Czułam jak głębia kotłujących się poniżej wód, wzywa mnie i chciwie obejmuje za kostki. Jednak w porę zareagowali moi towarzysze. Deidara złapał mnie za ręce przywracając pion, a Sasori podciągnął swoim metalowym ogonem w górę. Skończyło się tylko na mokrych do kolan nogach i strachu, którego najadłam się co niemiara. Byłam im naprawdę wdzięczna. W podzięce nieśmiało obdarzyłam wybawców delikatnym uśmiechem. Nie powiedzieli nic. Nie zraziłam się jednak, widziałam, że akceptują moje uznanie.
  Kraj Żurawia - niewielkie państewko leżące na półwyspie na północ od Oto no Kuni. Nie zauważalne wśród ekonomicznych olbrzymów, jakimi były Kraj Ognia czy Błyskawic. Utrzymujące się głównie z handlu morskiego i rybactwa. Od jakiegoś czasu starające się o własną ukrytą wioskę, jak na razie bezskutecznie. Jednak ktoś nie poddawał się, walczył o ten spłachetek ziemi. A tym kimś był Lord Żurawia, człowiek którego mieliśmy się pozbyć.
  Po Trzeciej Wielkiej Wojnie Shinobi Kuren no Kuni miał szansę na wybicie się. Potraktowany łagodniej niż reszta państw szybko podniósł się po walkach. Pozostałe kraje dotknięte przez konflikty zbrojne musiały odbudować swoje dobra i tu na scenę wkroczył Żuraw, proponując swoje usługi. O wiele łatwiej i często bezpieczniej było transportować przeróżne towary, materiały czy żywność drogą morską. Tak więc ten niewielki kraik stał się głównym łącznikiem między Ziemią a Błyskawicą. Jednak i to było za mało, by Kraj Żurawia stał się poważaną potęgą. Nie przypominam sobie by na lekcjach w akademii, wspomniano o nim cokolwiek więcej niż nazwę.
  Rozprostowałam kolana i odłożyłam papiery dotyczące misji na kupkę rzeczy Sasoriego. Cieszyłam się z krótkiego postoju, bo cała ta droga przez morze wykończyła mnie psychicznie. Oparłam głowę o kamieniste podłoże i odetchnęłam. Teraz już tylko czekała nas przeprawa do głównego miasta, gdzie znajdowała się siedziba Daimyo Żurawia, całe szczęście po twardym gruncie.
-Prześpijcie się chwilę. Macie dwie godziny na odpoczynek. Musimy dotrzeć do Yoibei przed jutrzejszym południem.
  Sasori już nawet nie udawał, że również będzie spał. Bez ceregieli przysiadł pod jednym z drzew i wpatrywał się w hipnotyczne kołysanie fal.
  ***
  Dyskretnie wychyliłam się zza rogu. Nie zauważyłam nikogo podejrzanego, więc skinieniem głowy dałam znak towarzyszom, że jest czysto. Mimo braku podejrzanych typków w pobliżu zachowaliśmy milczenie. Jedynym sposobem porozumiewania się były gesty i kiwnięcia. Pewnym krokiem ruszyliśmy w stronę kolejnej uliczki. Nie wolno nam było się zdradzić. Pain zastrzegł, że mamy załatwić wszystko w miarę po cichu.
  Kilka godzin temu, nim weszliśmy do miasta, Sasori przedstawił nam plan.
-Po południu, około godziny piętnastej, przedostaniemy się do do głównej części, o tu - wskazał palcem na mapie. - Mamy pozostać niezauważeni. Macie zachowywać się naturalnie, najlepiej wtopić się  tłum. Ty - zwrócił się do mnie - masz zmienić postać, czy to jasne?
-Tak. - Skinęłam posłusznie głową.
-Dobrze. Siedziba Lorda znajduję się zaraz za tym placem. - Zaciekawiona spojrzałam na plan Yoibei. Był dość skomplikowany. Setki krótkich uliczek przeplatało się ze sobą, tworząc istny labirynt.
-My musimy przejść tędy. To najpewniejsza droga. Zaczekamy do godziny siedemnastej i wejdziemy do budynku. Ani minuty wcześniej, ani dłużej. Wtedy to Lord udaje się do swojego biura. Będziemy mieć siedem minut na działanie, później przychodzą ochroniarze na zmianę warty.
-Nieźle to przemyślałeś, Mistrzu Sasori.
-Mam swoich informatorów, którzy wspomagają nas wiedzą. Dobra niebawem macie być gotowi. Wszystko ma pójść sprawnie. Dzieciaku, pamiętasz wędrowców, których spotkaliśmy wczoraj?
-Oczywiście. - Byli to na oko czternastoletni chłopak i szpakowaty mężczyzna, być może ojciec, choć podobieństwo między nimi nie było zbyt duże. Mijali nas, gdy wracali z miasta.
- Będziesz chłopcem, ja zmienię się w mężczyznę. Deidara - blondyn podniósł głowę znad planu miasta  - ty zostajesz w swojej postaci. Zmień tylko płaszcz i może uczesanie. I oczywiście pozbądź się opaski.
  Po wysłuchaniu instrukcji Sasoriego, zaczęliśmy przygotowywać się do wyruszenia na miasto. Do całej akcji mieliśmy jeszcze kilka godzin, więc mogliśmy powłóczyć się po osadzie. Sasori szybko zwinął swoje przybory i ruszył w sobie znanym kierunku. Spojrzałam wyczekująco na blondyna.
-To co robimy?
-Przejdźmy się. Zobaczmy, co tu mają.
  Miasteczko tętniło życiem. Ludzie tłoczyli się w uliczkach i na placach między kolorowymi stoiskami, przeglądając oferowane towary. Spotkać tu można było nie tylko miejscowych, ale również wielu nietutejszych, momentami miałam wrażenie, że stanowili nawet większość. W Yoibei bowiem znajdował się największy port Kraju Żurawia. Goście napędzali gospodarkę osady, sprzedając i skupując.
  Mnogość strojów, zapachów i kolorów zachwycała i sprawiał, że lekko kręciło mi się w głowie. Nigdy nie byłam w takim miejscu. Rozglądałam się jak oczarowane dziecko z lekko otwartymi ustami z wrażenia.
  Z błyszczącymi oczyma żwawym krokiem dopadłam do stoiska z egzotycznymi owocami, bakaliami i orzechami. Towary wyglądały wyśmienicie. Aż ślinka napłynęła mi do ust, gdy dotarł do mnie aromat suszonej persymony.
-To było głupie z twojej strony. - Deidara odezwał się, przerywając milczenie między nami i odwracając moją uwagę od straganu.
-Wiem. - Lakoniczna odpowiedź nie spodobała się chłopakowi.
-Wiesz? To dobrze. - Prychnął. - Masz szczęście. Dziwię się, że Mistrz Sasori nie unieszkodliwił cię i nie zaciągnął za kłaki do Lidera. Tego bym się po nim spodziewał. - Spuściłam wzrok. Deidara miał rację. - Radzę ci, nie próbuj więcej uciekać. Pain jest dziwakiem i czasami więcej gada niż robi, ale jest też bezwzględny. Wyciągnąłby z ciebie demona i po krzyku. Jednak Sasori obiecał, że osobiście się tobą zajmie, a on… On potrafi być okrutny. - Zadrżałam. Cały blask tego miejsca jakby nagle przygasł. przez głowę przemknęła mi wizja zimnych, martwych oczu Akasuny, wpatrujących się we mnie, przeszywających na wskroś.
-Zachodzę w głowę, jak to się stało, że Lider nie zabił cię od razu.
-Mnie też to zastanawia. - Rzuciłam cicho, tak, że nie byłam pewna czy usłyszał.
-Może i nie walczysz najgorzej, ale do klasy S ci daleko. Jesteś niedoświadczona, rozchwiana emocjonalnie i do cholery jesteś jinchuriki! To się kupy nie trzyma. - Deidara prawie rozgniótł jabłko, które właśnie oglądał. Handlarka spojrzała na niego groźnie i pogroziła palcem. Chłopak nie przejął się tym, kontynuując oględziny owoców.
-Kompletnie tego nie rozumiem. - Pokręcił głową. - Twój element szkła wydaje się przydatny, ale na obecnym poziomie, który reprezentujesz cóż… - Skinęłam na znak, że rozumiem. - Dlaczego właśnie ty? - To pytanie wydawało się go niesamowicie męczyć. - Jakiś czas temu Kakuzu i Hidan złapali siódemkę. To był dopiero okaz. Chłopak był młodszy od ciebie. Miał z piętnaście-szesnaście lat. Prawdziwa maszyna do zabijania. W ukrytym Wodospadzie zadbali o jego naukę. Kakuzu z Hidanem ledwo wyszli z tego w jednym kawałku. No właściwie to nie w jednym. - Zaśmiał się na wspomnienie wydobyte z pamięci. - Ten cholerny jashinista po starciu z tym dzieciakiem wymagał gruntownego remontu. Więc czemu nie on? Jesteś wciąż nieukształtowana, może Lider liczy, że się jeszcze wyrobisz. A dopóki nie osiągniesz odpowiedniej siły by się nam sprzeciwić, on zdąży nadać formę twoim poglądom. - Zamyślił się. - Jedno jest pewne, ma w tym jakiś swój cel, bo on nigdy nie robi nic bez powodu. A mi nic do tego. - Syknął ostatnie zdanie, poirytowany bezsilnością.
  Czułam się dziwnie. Nie chciałam na niego patrzeć. Uwagę skierowałam na ludzi na przeciwko. Jakaś starsza pani, żywo targowała się  o parę butów. Minę miała bardzo zdeterminowaną. Handlarz nie miał z nią szans.
-Dobra, dość tych głupot. Może pójdziemy coś zjeść? - Rzucił nie stąd ni zowąd, zbijając mnie z tropu.
-Chętnie. - Bądź co bądź trzeba naładować energię przed czekającym nas zadaniem.
  Wstąpiliśmy do skromnego lokalu, nie cieszącego się najwyraźniej popularnością. Prócz nas nie było żadnych gości. To dobrze, bo przecież mieliśmy nie rzucać się w oczy i można było swobodnie rozmawiać. Nie podejmowaliśmy więcej żadnych ciężkich tematów. Znów głównie mówił Deidara. Paplał o swojej sztuce, o poprzednich misjach i innych mało znaczących rzeczach. Pasowało mi to. Od czasu do czasu potakiwałam głową lub uśmiechałam się na co żywszą relację. Tak minęły nam godziny.
  Staliśmy oparci plecami o ścianę ogromnego budynku. Sasori obrzucił mnie taksującym spojrzeniem.
-Twoim elementem jest szkło, tak? - Szepnął, a ja skinęłam głową. - Na ostatnim treningu widziałem, jak walczysz kataną. To twoja główna broń? - I znów skinięcie. - W takim razie myślę, że dobrym pomysłem byłoby przywołanie jej teraz. Później w trakcie walki zmarnujesz na to nieraz bardzo cenny czas. To może uratować ci życie.
  Uwaga Sasoriego była naprawdę przydatna. Wykonałam odpowiednie pieczęci i w moich dłoniach leżało piękne, błyszczące ostrze. Wsadziłam je prowizorycznie za pas i ruszyłam za Akasuną.
   Nie mogliśmy tak po prostu wejść przez główne wejście, ani nawet przez jakieś poboczne drzwi. Jednak dzięki swojemu celownikowi Deidara dostrzegł i obliczył, które okno powinno wychodzić, jak najbliżej gabinetu Lorda. Mógł tego dokonać dzięki informacjom zebranym wcześniej przez Sasoriego. Byłam pod wrażeniem współpracy tej dwójki. Wszystko co robili, było przemyślane.
  Plan dopracowany był w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko miało pójść po myśli Sasoriego. Jednak już po wejściu do budynku, wiedzieliśmy, że plan diabli wzięli. Lord Żurawia wcale nie był taki bezbronny, jak się tego spodziewaliśmy. I nie był sam. Dodatkowo wyglądał, jakby nas oczekiwał. Siedział jakby nigdy nic przy biurku, opierając brodę na złączonych ze sobą dłoniach.
  W pomieszczeniu ponadplanowo przebywali jeszcze dwaj groźnie wyglądający, tak zwani goryle. Jeden z nich, ten wyższy, złożył dłonie w pieczęć i już po chwili słychać było nadciągające posiłki. Znaleźliśmy się w pułapce. Deidara zaklął szpetnie.
-Pierdzielę taką robotę. Miało być po cichu? No to nie będzie. - I już wsadził ręce do toreb z wybuchową gliną. Akasuna rzucił mu tylko ostre spojrzenie, ale nic nie powiedział.
  W miarę przytomnie przygotowałam, wcześniej utworzoną katanę i ustawiłam się w pozycji bojowej. Lord skinął głową i się zaczęło. Stojący mężczyźni wyskoczyli w naszą stronę, traktując nas kunaiami.
  Walka była trudna. Mieli nad nami przewagę liczebną. Dodatkowo ograniczały nas pomieszczenia budynku. Zupełnie inaczej ścierało się z kimś na nieograniczonym terenie. Usłyszałam wybuch. Deidara postanowił zwiększyć pole do popisu, rozwalając stykające się ściany biura. Osłoniłam twarz przed lecącymi w moją stronę kawałkami gruzu. Jednocześnie musiałam bronić się przed dwoma napastnikami.
  Sasori już dawno przybrał własną postać i teraz dziko wymachiwał stalowym ogonem, zwalając obcych shinobi z nóg. Ja wciąż pozostawałam w ciele chłopca. W pełni skupiona posyłałam cięcia w stronę wysokiego bruneta. Skok, unik i pchnięcie ostrzem. Udało mu się ominąć mój atak, sam jednak wymierzył mi precyzyjne uderzenie pięścią. Syknęłam z bólu. Zaczęłam się cofać. Miałam wrażenie, że jest ich coraz więcej. Słyszałam wściekłe krzyki Deidary. Byłam już blisko niego.
-Katsumi! Uważaj! - Schyliłam się, by nie oberwać kolejną eksplozją. Kilku przeciwników padło, a ich krew zmieszała się z pyłem zrujnowanych ścian. Robiło się gorąco. Szybko złożyłam dłonie do techniki deszczu igieł, by odeprzeć kolejnych napastników. Niestety jednak jutsu nie miało wystarczającej siły. Nagle wpadłam na pomysł.
-Deidara! Potrzebuję jednej z twoich bomb. - Chłopak spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Nie było czasu na tłumaczenie. Ponagliłam go, a sama zabrałam się za formowanie szklanych igieł.
-Uformuj coś, w co będzie można to włożyć. - W oczach blondyna dojrzałam błysk zrozumienia. Uśmiechnął się dziko. Podałam mu pęczek igieł, a on umiejscowił go w glinianej figurce.
   Biały nietoperz, wypełniony szklanym elementem, wzniósł się ponad głowy naszych wrogów. Ci zdążyli tylko na niego zerknąć, bo po chwili rozległ się krzyk Deidary: katsu!, a zaraz po nim huk. Teraz igły miały odpowiednią prędkość i moc, ekstra wypełnione moją czakrą. Krew rozbryzgła się po podłodze i ścianach. Czerwone kropelki dotarły nawet do mnie, plamiąc ubrania i skórę.
-To dopiero jest sztuka! - Deidara zaśmiał się jak prawdziwy szaleniec.
  Jednak to nie był koniec potyczki. Ochroniarze Lorda byli niesamowicie wytrwali i uparci. Nie chcieli umierać. Kolejni rzucili się w naszą stronę.  Byłam już zmęczona. Niezdarnie stawiałam kroki, co chwila potykając się o kawałki ścian, bądź ciała. Ale nie poddawałam się. Wciąż wytrwale, choć nie zawsze skutecznie wymachiwałam kataną.  Nie byłam w stanie dłużej utrzymywać zmienionej postaci. Nie wydawało mi się to już nawet konieczne. Zdjęłam z siebie iluzję, odkrywając własną tożsamość. Nie zdawałam sobie sprawy, co zrobiłam. Przykułam uwagę najbliższych shinobi, w tym Daimyo Żurawia. Przyglądał mi się przez chwilę, po czym uśmiechnął się triumfalnie.
-To jinchuriki! - Krzyknął. - Macie ją pojmać!
  Spłoszona położyłam po sobie kocie uszy. Napór wrogich ninja stał się nie do opanowania. Starałam się uciec przed ich technikami i ostrzami. Dostałam w bok kunaiem. Nie przejęłam się tym i odbiłam od jedynej stojącej jeszcze ściany, by zwiększyć dystans między mną, a agresorami. Zdziwił mnie fakt, że moi towarzysze nie ruszyli mi na pomoc. Chyba nie chcieli, żeby ci z Żurawia mnie poszatkowali, co?
  Nagle przede mną pojawił się sam Lord. Zaatakowałam go wściekle. Jednak on z pełną gracją omijał wszystkie moje ciosy. Nie był typowym arystokratą. Takim co to tylko siedzi na dupsku, przegląda papiery i pławi się w swoim bogactwie. Nie, on był świetnie wyszkolonym shinobi. Nawet Deidara i Sasori mieli z nim kłopot. Więc jak ja miałam się z nim mierzyć? Po chwili przepychanki, znalazłam się z ostrzem Daimyo na szyi. Mężczyzna wyszczerzył się chełpliwie w stronę Akasuny.
-No i co teraz, Akatsuki? Mam waszego demona. - Wszyscy nagle zamarli. - Co… - Podłużne ostrze pomknęło z niewyobrażalną prędkością w stronę Lorda Żurawia, przebijając mu czaszkę i płat czołowy. Poczułam tylko jak stal przesuwa się po moim gardle, zostawiając niewielką ranę, a ciało mężczyzny za mną upada bezwładnie na ziemię. Obecni członkowie obstawy zastygli w niezrozumieniu dla zaistniałej sytuacji. Moi towarzysze działali szybko. Nie było czasu do stracenia. Deidara formował kilka mniejszych figurek, które miały utorować nam przejście i jedną większą - ptaka, nim mieliśmy się ewakuować. Sasori ruszył w moim kierunku i bez ceregieli chwycił mnie w pasie i porwał na twór blondyna.
  Po pierwszym szoku rozwścieczeni i rozgoryczeni stratą Lorda shinobi z Kuren no Kuni ruszyli za nami. Jednak nie dane im było nas dopaść. Deidara sypał bombami ile wlezie, co chwila wykrzykując: katsu! A my wznosiliśmy się już coraz wyżej,  ponad Kraj Żurawia.
-Mogłam zginąć! - Byłam oburzona zachowaniem Akasuny. Bo to właśnie on zabił cel naszej misji.
-Nie dramatyzuj. Jeszcze niedawno sama chciałaś ukrócić swój marny żywot. - Znów ten beznamiętny ton. - Wszystko było zaplanowane. Wiedziałem, co robię.
-Jak to zaplanowane? - O czym on mówił?
-Byłaś przynętą. Po co mielibyśmy targać ze sobą jinchuriki do kolesia, który miał na nią ochotę?  - Otworzyłam usta z niedowierzania. - Miałem świadomość tego, że Daimyo nie powstrzyma się, gdy cię zobaczy. Będzie chciał cię dopaść. A wtedy, ten dureń, ustawi się idealnie na celowniku.
-A skąd miałeś pewność, że mnie rozpozna? - Warknęłam. Byłam zła.
-Ptaszek mi zaśpiewał, że Lord również ma swoich wiernych informatorów. Sprawa skończona. Nawet cię nie drasnął, więc przestań się dąsać.

-Drasnął. - Mruknęłam pod nosem, na co Sasori rzucił mi pogardliwe spojrzenie. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że byłam tylko przynętą.
Layout by Tyler